Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mięsne przysmaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mięsne przysmaki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 lutego 2011

tradycyjne specjały...

... czyli chleb domowy i mięso... w słoiczku ;-))
Nie wiem, czy zauważyłaś, ale gdzie nie spojrzeć - wszyscy pieką chleb. Domowe roboty dzielnie uwijają się  z drożdżowym ciastem, a piekarniki zamieniają w profesjonalne piece chlebowe. Muszę powiedzieć, że bardzo mi się ta moda podoba i sama ulegam jej od czasu do czasu, a wkrótce -  może nawet i częściej. Bo zapach pieczonego chleba jest jednak bezkonkurencyjny, o smaku nie wspominając. 
Tym razem użyłam gotowej mieszanki mąk Chleb Polski - góralski ciemny (przepis z opakowania), ale nie jest to konieczne, można po prostu zmieszać sobie samemu mąkę pszenną typ 750 (3 części) oraz mąkę żytnią typ 2000 (1 część). Na pół kilograma takiej mieszanki dodajemy 5 g drożdży instant lub 12 g świeżych, 340 ml ciepłej wody lub maślanki, sól (w gotowej mieszance już jest!) i co tam nam wyobraźnia jeszcze podpowie - zioła, czosnek, ziarenka, otręby -  albo i nie. Ciasto wyrabiamy dość długo - 15 minut, mikserem z końcówką do ciasta drożdżowego, na najwolniejszych obrotach (dopisek wieczorny: Małgosia w komentarzach pisze, że nie trzeba się z tym tak babrać i wystarczy chwilę zagnieść łapą - sprawdzone! ;-))  Następnie odstawiamy ciasto, przykryte ściereczką, w ciepłe miejsce. Po 30 minutach wyjmujemy, oprószamy mąką, nadajemy odpowiedni kształt, wkładamy do formy (nie powinno sięgać więcej niż 1/3 wysokości) i znowu odstawiamy, na jakieś 40 minut. Kiedy ciasto ponownie wyrośnie, wkładamy je do nagrzanego do 210 stopni piekarnika, pieczemy 10 minut, po czym zmniejszamy temperaturę do 180 stopni  i dalej pieczemy, przez jakieś 40-50 minut. Po wyłączeniu piekarnika, zostawiamy w nim chlebek jeszcze jakiś kwadrans. Nie kroimy gorącego chleba! Ja wiem, że trudno się powstrzymać (nie będę pisać czy mi się to kiedykolwiek udało, hihi), ale chyba nie chcemy mieć zakalca? :-) Formę miałam dużą, więc chlebek nie nabrał imponującej wysokości (za to jest rozległy, hehe), ale na smak to nie wpłynęło :-)


Do chlebka, ci którzy akurat się nie odchudzają, mogą sobie zrobić pyszne mięsko w ... słoiku!
Recepta jest bardzo prosta. Kupujemy 2 kg dobrego  mięsa i przepuszczamy przez maszynkę. Wrzucamy do dużej michy, nie żałujemy soli, pieprzu i czosnku (pół główki!), a także ulubionych ziół, jeśli mamy ochotę. Można dodać przyprawę typu Vegeta natur, ale niekoniecznie. Dolewamy pół szklanki wody i wszystko dokładnie mieszamy, a następnie przekładamy do czystych słoików, tak do 3/4 wysokości. Zakręcone słoiki umieszczamy w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180 stopni, dopóki płyny w słoiczkach nie zaczną wrzeć (jakieś 10-15 minut), po czym zmniejszamy do 140-130 stopni i pieczemy tak długo, aż mięsko uzyska odpowiedni kolor. Po wyłączeniu piekarnika, dobrze jest zostawić w nim słoiczki, do całkowitego wystygnięcia, a następnie przełożyć do lodówki, gdzie płyny stężeją i zrobi się z nich galaretka.
Pyszka z domowym chlebem i ogórasami kiszonymi. Miła alternatywa dla kupnych wędlin i konserw :-)





Smacznego!

A.L.

piątek, 8 października 2010

Schab

na pieczeń kupuję na oko, ponieważ J. lubi zjeść i na zimno i do obiadu, kupuję zawsze więcej. Kupuję według długości kawałka, czyli nie np 1 kg, ale kawałek o długości mniej więcej o kilka cm dłuższy niż mam w domu naczynie żaroodporne. Pilnuję też, by schab miał warstewkę tłuszczu u góry i nie okrajam jej jak przychodzę do domu, bo dzięki tej warstwie właśnie, podczas pieczenia mięso nie wysycha tak bardzo.
Najpierw musisz takie mięso zamarynować. Podam Ci przepis na ulubioną pieczeń J.
Marynata zawiera:
- paprykę ostrą
- tymianek
- sok z cytryny
- pieprz
- czosnek ( tylko! świeży)
- suszone pomidory
- majeranek
- kilka ziarenek ziela angielskiego
- sól
- olej ( nie oliwę z oliwek, to powinien być olej)
najprościej jest wymieszać przyprawy z olejem w naczyniu żaroodpornym, potem obtoczyć w tym mięso, przykryć pokrywką i wstawić do lodówki na co najmniej 2 godziny. A najlepiej zamarynować mięso wieczorem dnia poprzedniego.
W czasie kiedy nagrzewasz piekarnik, rozgrzewasz na patelni trochę oleju, wyjmujesz mięso z marynaty, i obsmażasz na ostrym ogniu, musi się naprawdę gwałtownie obsmażyć, żadne tam pykanie, powinno aż ostro zasyczeć. Obsmażasz z każdej strony, ale postaraj się zapamiętać gdzie była warstewka tłuszczu, bo do naczynia żaroodpornego przekładasz mięso tą właśnie warstwą do góry. Dodajesz tłuszcz, który się na patelnię wytopił z mięsa, na gorę mięsa nakładasz kilka piórek z masła, zamykasz naczynie pokrywką i wstawiasz do piekarnika. Powinno się piec ok 1,5 do 2 godzin w temperaturze 180 st. Co jakieś 20 minut otwierasz piekarnik, wysuwasz naczynie, zdejmujesz pokrywkę i podlewasz mięso w wytworzonym sosem. Możesz dodać trochę margaryny na górę, wtedy mięso na pewno nie wyschnie. Po wyłączeniu piekarnika i wyjęciu z niego naczynia, nie podawaj mięsa tak od razu, niech z 10 minut  odpocznie, będzie wtedy jeszcze bardziej soczyste.
Co do gulaszu, to kupuję wieprzowinę ( łopatkę ) lub wołowinę ( karkówka lub szponder), dobrze jest kawałki mięsa obtoczyć w mące i najpierw przysmażyć je na patelni, ale przyznam szczerze, że nie zawsze mi się chce.

kurcze, głodna się zrobiłam ;) Czas przestać myśleć o jedzeniu ;)

No to faktycznie

poranek miałaś z tych niezapomnianych raczej. Jeśli Cię to jakoś pocieszy, to dziś mamy już PIĄTECZEK. Lubię piąteczki. Zwłaszcza popołudnia piątkowe, kiedy to wychodzę z pracy i wiem, że przez 2 kolejne dni mam święty spokój. Chociaż wydaje się, że mój organizm umyślił sobie, juz dziś od rana zrobić sobie weekend, bo dawno już tak ciężko mi się nie wstawało. J. nie dawał rady, nie mógł mnie dobudzić więc przysłał na pomoc tego zdrajcę Mauryca. Kociej łapki na nosie i łaskotania kocich wąsów nikt by chyba nie wytrzymał, zrzuciłam więc brutalnie zwierza na podłogę i jednak wstałam. Czy Ty też rano wyglądasz jak zombie? Nie lubię siebie o poranku, na szczęście spod wpół przymkniętych powiek niewiele widać, więc nie psuję sobie dnia wyraźnymi widokami. Ale, ale co to ja chciałam... no tak, mój poranek. W taki dzień jak dziś, rano jestem w stanie umyć się, ubrać, napić mięty i wsiąść do samochodu. To do cna wyczerpuje moją energię, dobudzam się dopiero w pracy.
W związku z potężną śpiączką, mam dziś na śniadanie ( a raczej miałam, bo już zdążyłam wszystko pożreć) chlebek z masłem i twarożkiem. Do tego stopnia niedbale przygotowane, że po pierwsze pakowane rękoma męża, a po drugie, twarożek w opakowaniu, smarowałam sobie kromki dopiero w pracy ;) Ale i tak było smaczne. Do tego mam cukierki eukaliptusowe, których pochłonęłam już zatrważającą ilość, nie będę się przyznawać dokładnie ile, bo mi wstyd ;)
Obiadkiem za to mogę się pochwalić, upichciłam wczoraj coś na kształt gulaszu, tzw. "radosną tfórczość kulinarną". Pokrojoną w kostkę wieprzowinę dusiłam powoli z cukinią, aż ta ( cukinia nie mięso) rozpaciała się  amen. Potem dodałam do tego pokrojone pieczarki, cebulę i paprykę, dusiłam jeszcze chwilę, zaprawiłam łyżką przecieru pomidorowego i już. Na koniec wymieszałam z makaronem i wsadziłam do słoika. Jak smakuje dowiem się za jakieś 3 do 4 godzin, czyli jak zgłodnieję.
Aaaaa bo jeszcze o przyprawach nic nie napisałam, oczywiście sól, pieprz i czosnek. I tyle, nie lubię zabijać smaku warzyw w tego typu potrawach.
Ciekawe czy będzie smaczne.

A.A.

ps. przeczytałam że czeka nas zima tysiąclecia, więc chyba dokończę robić ten szalik dla J. Myślisz, że 2 lata czekania to wystarczająco długo?
ps2. wafelki bardzo polecam, a są przecież zdrowe. W ich smaku króluje gorzka czekolada, a jak wiesz, ma ona bardzo dobry wpływ na serce i dużo magnezu. Uważam, że powinno się korzystać z naturalnych źródeł ( tego magnezu)
ps3. Prasowanie w środku nocy? Szalona kobieto, mówię Ci że to niezdrowe. To juz lepiej tego pischingera zrób ;)

poniedziałek, 4 października 2010

Papryczki faszerowane

Mięta obowiązkowo! Najlepiej z własnej doniczki (a jeszcze lepiej - z własnego ogródka, jeśli się go ma, ha ha ha). Moja balkonowa mięta, podobnie jak większość uprawianych przeze mnie roślin, jest obecnie w stanie ekhemmm... nieco sfatygowanym. PoMIĘTYM, chciałaby się rzec ;-))
Muszę Ci powiedzieć, że bardzo podoba mi się użyte przez Ciebie sformułowanie "przestępstwo kulinarne". Dziś też je popełniłam, albowiem wypatroszyłam pięć sztuk papryk czerwonych, nadziałam jak chciałam i obecnie przypiekam je w ogniach niemal-piekielnych! Pachnie - ZABÓJCZO!
Czy coś widać? :-)


Jeśli też masz ochotę popełnić taką zbrodnię, kup sobie papryki czerwone (mniej więcej po dwie na łebka), takie z płaskim dnem, żeby się nie przewracały. Umyj, odetnij im czapeczki, wypatrosz bebechy i nadziej ulubionym farszem, nie zapominając o żółtym serku. Ja mam dziś farsz z ryżu, mięsa mielonego, cebulki i czosnku, przyprawiony solą, dużą ilością pieprzu, papryki, majeranku i tymianku. W wersji wegetariańskiej mięso można zastąpić pieczarkami. Na farsz kładziemy serek, przykrywamy czapeczkami, układamy w naczyniu żaroodpornym i pieczemy w piekarniku jakiś czas - nie powiem Ci dokładnie jaki, bo to zależy od tego czy będziesz wolała papryki bardziej miękkie, czy twardsze.

Smacznego!