Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bożonarodzeniowe szaleństwo; pogawędki przy kuchenym stole. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bożonarodzeniowe szaleństwo; pogawędki przy kuchenym stole. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 grudnia 2010

Poświątecznie w kilku słowach

I tak niemożliwe, stało się możliwym ;) Ja też nie mogłam uwierzyć, że jadę sobie pociągiem, widzę najpiękniejsze miasta świata i nie mogę wysiąść. Żebyś Ty widziała jak bardzo mi było żal, że nie mogę  wpaść na herbatkę. No, ale co zrobić, wyjazd służbowy, to wyjazd służbowy nie ma zmiłuj.
A jak Ci się udały święta? Ja musze przyznać, ze kulinarnie miałam pełny sukces. I barszczyk wyszedł wspaniały i bigos, piernik i ciasteczka palce lizać. Już dawno nie było tak, żebym nie miała się do czego przyczepić. Na przykład takie ciasteczka cynamonowe, nieskromnie powiem, że są to jedne z najpyszniejszych kruchych ciasteczek jakie jadłam. Popołudniu wklepię przepis, nie omieszkam też pokazać zdjęcia na smaczek ;)
A propos smakołyków Mikołajkowych, to czy Wy mu dajecie jakieś słodycze? Kupne mam na myśli? Bo gdzieś mi się o uszy obiło, że im później dzieci zaczną tym dla nich lepiej. Ja pamiętam Gwiazdkę sprzed 2 lat, kiedy to wigilię spędzaliśmy rodzinnie u mojej mamy. Ja jak co roku, upiekłam pierniki staropolskie z ciasta dojrzewającego. Jak wiesz, są to mocno korzenne pierniki, zostawiające Na języku piekący smak przypraw, dla najmłodszych dzieci raczej nie zalecane. Wyobraź sobie nasz pan Kędziorek miał wtedy roczek. Oczywiście pierwsze co, to złapał za ciasteczko, traf chciał, że ciastkiem tym, był jeden z tych ostrych pierników. Chyba nigdy nie zapomnę jego minki po pierwszym kęsie, krzywił się na wszystkie strony i patrzył na piernika zdziwiony. W jego świadomości pierniki nie powinny TAK smakować ;) Był to pierwszy i do tej pory jedyny raz, kiedy komuś nie smakowały upieczone przeze mnie ciasteczka ;)
Na razie musze kończyć, ale w następnej notce napiszę coś ciekawego o staropolskich obyczajach noworocznych. Szykuj się na zanudzanie ;)

PS. Pan Przybora jest w swoich Memuarach bardzo skrupulatny. Bardzo dokładnie opisuje dzieciństwo i młodość, rzekłabym wyjątkowo dokładnie. Samopomoc oznacza wspomnienie o tym, jak to kolega w czasie wakacji wytłumaczył młodemu Jeremiemu jak samodzielnie radzić sobie z burzą hormonów ;) Kilka(naście) stron dalej, bohater wspomnień odkrywa, że z hormonami można sobie poradzić też w parach. I wszystko to opisuje, musze przyznać, że Dwudziestolecie międzywojenne Na zawsze straciło dla mnie urok „wieku niewinności” ;)

poniedziałek, 20 grudnia 2010

No tak, zapomniałam

że nie każdy robi listę prezentów już we wrześniu ;) mi sie na ten przykład, udało zarazić manią pisania listów do św Mikołaja całą rodzinę. I wyobraź sobie, że Pan Kędziorek w tym roku popełnił swój najpierwszy list. Jedną z kluczowych pozycji był "walec maszyna". Trochę czasu nam zajęło zanim rozszyfrowaliśmy co to za maszyna, ale udało się. Zakupiliśmy, a tu w przedszkolu Kędziorkowy ( któremu nota bene bez żadnego szacunku dla jego słodkości, obcięto ostatnio śliczne kędziorki) spotkał był Mikołaja. Po południu zdaje relację babci, opowiada, że Mikołaj fajny był i dużo prezentów przyniósł, ale uwaga, uwaga "walca maszyny nie było wiesz?"
No będzie, będzie, tyle, że pod choinką. Niestety pierwsze w życiu maleńkie rozczarowanie zaliczone ;)
Ale co to ja chciałam, a tak, prezenty. U mnie sprawa zamknięta, trzeba tylko zapakować. Ale to w czwartek, na spokojnie zrobię, urlop mam to sie nie muszę spieszyć ;)
Obiecaną choinkę już wstawiam, proszę się nie śmiać i na bałagan uwagi nie zwracać, jak ktoś po 20tej do domu wraca, to sie temu komuś już sprzątać nie chce. Nawet do zdjęcia ;)

A więc proszszzzzz:


jak już tak z fotami szaleję, dam też zdjęcie kiszących sie na barszczyk buraczków, (przepis kilka postów wczesniej):


a już na sam koniec, pudlo pierników na choinkę ( drużyna lukrująca ruszy do boju w czwartek po południu. Jeśli przezyję zdam relację ;) )



Twoja A.A.

ps. skarpety nadal gdzieś na poczcie :( ehhhh pewnie w styczniu sie pojawią ;) PP przeciez sie reklamuje i wizerunek zmienia nonie? Należy się zapewne cieszyć, że nie w maju ;)
ps. fascynująca lektura te Przybory memuary wiesz? Zastanawiam się tylko, skąd się Panu Jeremiemu ( lubię czasem tak bardziej poufale ;) ) wziął pomysł, że czytelnik żywo zainteresowany jego pierwszym doświadczeniem, ze sie tak wyrażę "samopomocy" będzie?

Żartujesz

prawda? Uuuu to już Ci serdecznie współczuję, aż mnie ciarki po plecach przechodzą, na samą myśl o wyruszeniu do jakiejkolwiek galerii handlowej w celu nabycia prezentosów. Ja muszę się jeszcze zaopatrzyć w papier do pakowania i położyć spakowane prezenty pod choinką. Wymyśliłam sobie, że w tym roku pod kokardkę dam każdemu piernika, na pierniku lukrem napiszę imię i tak będą wyglądały nasze tegoroczne "bileciki przyprezentowe". A propos prezentów, przypomniało mi się jeszcze, że musze szybko skończyć szalik, który dziergam dla męża, już któryś tam rok z kolei. Ma być szalik ów prezentem nr 24 z tegorocznego Kalendarza Adwentowego, został mi już malutki kłębek wełny, powinnam się wyrobić. Włączę sobie jakiś film świąteczny ( "Ominąć swięta" na przykład ) i powinnam się wyrobić.
Oho, zaczynam znowu przebierać nóżkami, dobrze jest!
Jak zwykle Kochana moja, jesteś niezawodnym lekiem na całe zło
o!
Twoja "uleczona" ze złego humoru
A.A.

Ooo, mhmmm,

dzięki, że przypomniałaś mi o Noelce, bo kompletnie wyleciała mi z głowy, a przecież też  zawsze ją czytam w okresie bożonarodzeniowym :-) Miód na serce, chociaż teraz już wiem, że są serca, których nijak rozpuścić i zmiękczyć się nie da. Jak te pierniki, które wieszam na choince już trzeci rok i nadal są twarde jak kamień. Strasznie nieszczęśliwi muszą być ich właściciele. Tzn. tych serc, nie pierników, hehe.
Co do nie okazywania niezadowolenia, to może i dobrze robisz - u mnie zawsze się złość na gębie maluje i potem mam tylko kłopoty ;-)))) Niczego to nie zmieni, lepiej zluzować, dla własnego zdrowia psychicznego.
Czy Ty wiesz, że ja nie mam jeszcze żadnego prezentu?
Pffffffffffffffff.
AL

No niestety

Dementorów na tym swiecie dostatek. I szczerze mówiąc, bardzo Ci w podejmowaniu decyzji kibicowałam i uważam, że jest najlepszą chyba decyzją, jaką w temacie kariery podjęłaś ;) Dementorowi na pohybel, ot co!
Co do protestów, to przyszło Ci rozmawiać z koncertowym tchórzem, protestuję sobie pod nosem, a na jawne veto odwagi mi już nie starczyło. Wstyd to zapewne wielki, pewnie też, narzekać nie powinnam, skoro powalczyć nie mam odwagi, ale cóż, tyle mojego, że sobie z boku pojęczę ;)
Pomyślałm sobie właśnie, że w literaturze, jest całe mnóstwo opisów smakowitych wigilii. Dla mnie absolutnym numerem  1 w tym temacie jest ksiązka M. Musierowicz " Noelka". Tyle wigilii róznych, ile tam autorka opisała, nie znalazłam w żadnej innej ksiażce. Tradycyjnie już, czytam ją co roku na początku grudnia, bez tego nie mogą się obejść żadne przygotowania do swiąt :)

Twoja A.A.

Tak sobie myślę

że nie bedę płakać nad rozlanym mlekiem. Jechac trzeba, trudno, wezmę dobrą książkę do pociągu ( czytam właśnie memuary J. Przybory, bardzo Ci przy tej okazji polecam! ) i jakoś  to przetrwam. Musze jedynie poukładać sobie plan działania jakoś sensownie, żeby ze wszystkim się wyrobić. Do malowania pierniczków, które już skruszały ( mąż wczoraj sprawdzał ;) ) zatrudnię meża i teściów, dam im lukry w miseczkach i posypki i niech szaleją. A sama będę piekła ciasteczka, keks, murzynka, zrobię roladki śląskie, dokończę bigos, spakuję prezenty i posprzątam ostatecznie mieszkanie. Wieczorem dołaczą do nas Mama moja i brat, w wigilię już się jakoś podzielimy pracą, tak, by nikt nie był zmęczony :)
Chwaliłam Ci się, że mam 2 choinki? Nie? No to się chwalę :) Jedną dużą w salonie, na niej wisi wszsytko co się da, w kązdym kolorze, ale ja lubie taki choinkowy chaos. Druga znacznie mniejsza i sztuczna, stoi w sypialni, a ozdobiona jest ciastkami, piernikami i cukierkami. A raczej będzie, bo sie ciastka jeszcze nie upiekły ;) Z tej choinki, w okresie świątecznym ozdoby znikają w zastraszajacym tempie. Mam 2 podejrzanych, jeden duży o imieniu na J. drugi mały Maurycem zwany. Tzn duży zawsze na małego winą zrzuca, wierzyć mi sie w to nie chciało do czasu, kiedy w któreś swięta znalazłam samotnego połamango piernika w kociej misce. Cóż, widać każdy lubi pierniki ;)
Czy u Was tradycja wigilijnej wieczerzy tez obejmuje 12 potraw? U nas dwanaście musi być, choć ja czasem oszukuję i wliczam tez sos grzybowy. W tym roku jednak nie muszę, wychodzi mi 12 potraw jak ta lala.

Twoja, nieco juz uspokojona, A.A.

No to Cię fabryka uszczęśliwiła,

nie ma co... Nijak takich akcji nie jestem w stanie zrozumieć. Cierpliwości na tę środę życzę i żeby jednak miło było (towarzystwo) i punktualnie (PKP) ;-)
U mnie w pracy też przebąkują coś o spotkaniu świątecznym (jutro), mam jednak nadzieję, że się nie odbędzie, bo nie wiem czy byłabym w stanie znieść tyle hipokryzji naraz. Obawiam się, że nie. Smutne to wszystko i takie... mało świąteczne. Szkoda.
Nie mogę się doczekać Twojej choinki. Wstaw zdjęcia koniecznie.
No i: DZIELNA byłaś bardzo, potwierdzam! Co prawda nigdy w życiu nie miałam migreny, ale sądząc z opisów tych, co miewają - koszmar jakiś!
Trzym się!
Twoja AL


niedziela, 19 grudnia 2010

już jest! :-))


Świerczek zakupiony w ogrodnictwie w Świerklańcu, jak to świerczek ;-))
Wiosną zostanie wysadzony na Roztoczu i będzie sobie rósł w otoczeniu innych szczęśliwych drzewek :-)))
A póki co - pachnie i kłuje jak diabli i pewnie dziwi się strasznie co ci wariaci na nim porozwieszali ;-)


piątek, 17 grudnia 2010

7 dni do... ;-)

Droga moja,
a wpadaj Ty z tą siekieraską, wpadaj, bardzo Cię proszę, przynajmniej w końcu mnie odwiedzisz, ha, ha, ha (i tu pokazuję Ci jęzor). Gdybyś miała też przypadkiem przy sobie wiertarkę udarową, to ucieszyłabym się bardzo, albowiem mam potrzebę wywiercić kilka dziur w ścianie i jedną w suficie.
Do Świąt pozostał tydzień. Jutro jedziemy do centrum ogrodniczego po choinkę. Oczywiście udekoruję ją czym i jak popadnie, bo takie choinki są najfajniejsze. Nie mogę się doczekać! Ciekawe, gdzie wsadziłam lampki choinkowe. Do tego wszystkiego mam bardzo ambitne plany kulinarne: serniki, strucle makowe, pierniki, paszteciki - chyba otworzę nocną piekarnię. Ale mam ochotę piec - to będę piekła, wsparta kawą z mojego pięknego czerwonego ekspressu i świątecznymi piosenkami. No, może jeszcze odrobinką naleweczki pigwowej lub żurawinowej. Allletylkoootrrrroche, hik ;-)))))
Obiecuję robić dokumentację foto.
Daj znać, jak Twoje świąteczne postępy. I fotki jakieś zarzuć - ja jestem usprawiedliwiona, bo mój aparat-dla-japońskiego-turysty z lekksza odmawia współpracy, ale Ty? Wstyd, wstyd! (że tak Ci wjadę na ambicję, hihi).
Cmok!
AL

piątek, 10 grudnia 2010

O dawnych pysznościach, jeszcze przez chwilę


Zamorduję!!
Moja Droga Prawie Siostro, czy ja mam wziąć pierwszą z brzegu siekierkę i  z dzikim okrzykiem i pianą na ustach wpaść do Twojego domku ? Czy Ty sobie zdajesz sprawę jakiego ślinotoku dostaje osoba, która w jakimś dziwnym zamroczeniu postanowiła sobie przez cały adwent nie zjeść ani grama cukierka? Ani kawałka czekolady i ogólnie nic co się mieści w kategorii „słodycze”?
Ach, a tu czytam Twój opis, jednego z moich ulubionych dań i aż poczułam zapach pieczonych jabłek. Nic to, w święta sobie odbiję.
Smaki dzieciństwa pamiętam bardzo dobrze, u mnie jednak są one bardziej obiadowe i bardziej na słono, niż na słodko. Jest więc wśród nich pajda chleba z masłem i solą, ale nie byle jaka pajda, to grubo krojona kromka z okrągłego bochenka chleba, który się jadało w domu mojego Dziadka. Chleb był ogromny, Ciocia opierała go na swoim wydatnym biuście i kroiła, potem smarowała grubo masłem i posypywała solą ( lub cukrem, to w wersji dla mojego brata), a my, czyli dzieciarnia, ledwo te kromki w dłoni utrzymując, biegliśmy do ogrodu, nierzadko połowę chleba gubiąc po drodze. Mam też w pamięci zapach i smak prawdziwego zsiadłego mleka, na obiad ziemniaki z koperkiem, jajko sadzone, mizeria i kubek kwaśnego mleka do popicia. Aż się głodna zrobiłam ;)
A propos mizerii, to wyobraź sobie, że w domu mojego męża, przyrządza się ją zupełnie inaczej niż u nas. Przede wszystkim jest ona podawana na słodko. I z dodatkiem octu. Szczerze mówiąc nie byłam w stanie takiej przełknąć ;) No nie smakowała mi wcale. Na szczęście moja teściowa to bardzo wyrozumiała kobieta, zapytała o mój przepis i od tej pory, mizerię przyrządza tak, by i mi smakowało. Miło z jej strony prawda?
Podam Ci mój przepis, bo jest prosty i przepyszny ( w moim odczuciu oczywiście ;) )
Dwa zielone ogórki kroimy w niezbyt cienkie plasterki ( nie odkrawamy gniazd nasiennych, moim zdaniem cały smak jest właśnie w nich ) i zasypujemy sola i pieprzem, zostawiając na 15 minut by lekko puściły sok. Po tym czasie dodajemy śmietanę i jogurt naturalny ( w proporcjach 1:1 )
Mieszamy i już. Gotowe.
Teraz nam tylko potrzeba młodych ziemniaczków, koperku i jajka sadzonego. Mniam, mniam, ale to dopiero na wiosnę ;)
Twoja A.A.
PS. Pamiętam i  kukułki i michałki i galaretki, ale nie będę o nich teraz myśleć. Nie będę i już. O!

czwartek, 9 grudnia 2010

O barszczyku i codziennym niechcieju

Oooo, wróciła moja współblogowiczka marnotrawna, hi hi hi!
I to od razu z takimi pysznościami. Luuubię barszczyk kiszony. Tylko nie bardzo mi wychodzi. Raz skisł (no wiem, że ma skisnąć, ale chyba nie aż tak ;-)), a za drugim razem – spleśniał. Podejrzewam badziewny chleb ze spulchniaczami (teraz te razowce są takie, jak ze mnie królowa angielska), ale możliwe, że przyczyna była zupełnie inna. W ogóle barszcz jest jedną z trudniejszych dla mnie zup i chyba jeszcze nie udało mi się zrobić takiego, żeby naprawdę mi smakował. A jednocześnie, żeby był barszczykiem postnym, z samych buraków, bez żadnych wywarów, kostek i innych dodatków. Co prawda ostatnio znalazłam przepis, który przybliżył mnie nieco do ideału, ale to jeszcze nie było TO.  Na zakwasie jest  najlepszy, może kiedyś podejmę kolejną próbę, a tymczasem zrobienie barszczyku wigilijnego scedowałam na moją Mamę, hy hy. Nawiasem mówiąc, od razu przypomina mi się reklama barszczyków z papierka, w której smutne panie żalą się, że nigdy im nie wychodzi i zawsze jest za blady, a potem inna pani, już wesoła, wymachuje torebką i chwali się idealnym barszczem. Albo Ręka Mistrzyni – aktorki Katarzyny Herman, nieskalana krojeniem buraków ani trochę. Phi! Też coś!
Robię za to paszteciki do barszczu! Mniam! Mam fajny, szybki przepis z forum Cin Cin, sprawdzony i mogę polecić:

Co do codziennego gotowania, to u mnie też bryndza straszliwa. Nie chce mi się, nie mam weny, najchętniej, zaraz po przyjściu do domu, poszłabym spać. Wczoraj na ten przykład były klopsy z Pudliszek. Wstyd. Zwłaszcza, że w klopsach owych zawartość mięsa równa się 26%, jak wyczytałam na okładce słoika. Pffff. To chyba jednak się zmobilizuję, zwłaszcza, że mam pomysł na coś, co nie wymaga dużo zachodu – ryż zapiekany z jabłkami.
No.
Wpadaj częściej, że tak powiem ;-)
Twoja AL
pees. Pamiętam o pasztecie! Będzie wkrótce :-)

środa, 8 grudnia 2010

coraz blizej święta...coraz bliżej święta ..

Kochana Moja

Okropnie wręcz zaniedbałam naszego bloga ostatnio. Tyle się działo, byłam tak zajęta, że nie mogłam w sobie znaleźć ani grama energii dodatkowej żeby coś napisać. Kulinarnie tez jestem okropnie do tyłu, żywimy się kanapkami i kupną pizzą ostatnio. Ale czas to zmienić, wziąć się w garść i do roboty, bo najpiękniejsze święta w roku tuż- tuż, a ja nadal w przysłowiowym proszku. Ja oczywiście wiem, ze Ty nie planujesz aż tak bardzo jak ja, ale kochana moja, ja w tym roku wigilijno – świątecznych gości mam. Więc jak zwykle szał sprzątania i przygotowań zaplanowałam. Inna rzecz, ze mi z tego na razie niewiele wychodzi, zmęczona jestem  po pracy jakby mi kto kamień syzyfowy pod górę kazał toczyć. Ale co to ja chciałam.. no tak, Święta. Wyobraź sobie że postanowiłam zakisić barszcz. Będzie taki piękny, tradycyjny, rubinowy i lekko pikantny. Do tego małe uszka. Mniam, mniam Az mi ślinka na sama myśl o tym smakołyku leci.
Żeby zrobić zakwas na wigilijny barszcz, potrzeba ok. 2 kg buraków czerwonych, nie za dużych, ie za małych. Ot takich sobie średnich, w sam raz. Do tego niecały kilogram cebuli, troszeczkę chrzanu, 2 marchewki i grubą kromkę prawdziwego razowego chleba.
Teraz bierzemy duży słój i dokładnie go myjemy. Buraki kroimy w talarki, tak samo cebulkę i marchewkę. Układamy je warstwami w słoju, na koniec zalewamy ciepłą  nie przegotowaną wodą, dociskamy kromką chlebka razowego, a na koniec przykrywamy małym podstawkiem ( nie zakręcamy słoja, powietrze powinno mieć dostęp do kiszonki). Chrzan można dodać, ale nie trzeba, nie każdy w końcu lubi jego smak.
Tej kiszonki nie solimy.
Trzeba uważać, by wszystko było zawsze pod wodą, można dla pewności docisnąć czymś ciężkim, na przykład słoiczkiem małym wypełnionym wodą. I tak nasz piękny barszczyk niech sobie dojrzewa i nabiera smaku, aż do wigilii. A że najlepszy jest po ok. 10 dniach, to wtedy właśnie należy go zrobić. 14 grudnia najpóźniej.
A jak barszczyk ugotować, powiem w odpowiednim czasie. Nie wszystko na raz
O! ;)
Twoja zakręcona jak ten słoik od ogórków, A.A.