Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nie tylko dla wegetarian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nie tylko dla wegetarian. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 czerwca 2011

o tym co nas łączy, a także o ziemniaczkach szefowej kuchni i chłodniku :-)

Moja droga,
ogórki i nam są niestraszne! jak zresztą za chwilę się przekonasz. Porządnie myjemy, obieramy, znów myjemy i już. Mniam. Dzisiaj u nas dzień targowy, więc rano, mimo niepewnej pogody i szmaty ;-) na niebie wybraliśmy się z Mikołajkiem po kolejne kilogramy pysznych pomidorków i truskawek. Udało nam się też zdobyć piękne sadzonki oregano. I już-już opuszczaliśmy targ, a tu jak nie lunie! Cudowny, ciepły, letni deszcz! A jeszcze lepsze od deszczu było to, że ludzie zaczęli się do siebie uśmiechać i mrugać porozumiewawczo, zjednoczeni nagłą ulewą, przed którą ciężko było znaleźć schronienie, nie licząc pobliskiego baru piwnego dla odważnych ;-)
Obiadek zrobiliśmy sobie koncertowy! Należało nam się. Chłodnik i pieczone młode ziemniaczki, inspirowane przepisem mojej ulubienicy Anne Burrell. Taki obiad najlepiej zjeść na tarasie albo balkonie, ale my mamy jeszcze jedno ulubione miejsce - na podłodze, oglądając ulubiony serial ;-) Tak, tak, wiem, mało wychowawcze, ale powiedzmy, że stawiamy na zasady z innych dziedzin, a jedzenie lubimy sobie uprzyjemniać ;-)


Ziemniaczki smażone - wg przepisu Anne Burrell

1/2 kg młodych ziemniaczków
cebula
sól
oliwa
płatki chilli (pominęłam, a po usmażeniu posypałam ziemniaki słodką papryką w proszku)
posiekana natka (u nas - szczypiorek)

Ziemniaczki dokładnie szorujemy i gotujemy do miękkości w mocno osolonej wodzie. Nie obieramy! Na patelni rozgrzewamy oliwę i dusimy na niej posiekaną cebulkę (dodając sól i chilli), aż zmięknie, ale nie dopuszczamy do zrumienienia. Ziemniaki wyjmujemy i miażdżymy na desce otwartą dłonią. I tutaj Anne  dokłada je do uduszonej cebuli, dociska do dna patelni i obsmaża na rumiano z dwóch stron, ja jednak cebulę wyjęłam i dodałam pod koniec smażenia ziemniaków, w obawie, że mi się za bardzo spiecze (i słusznej chyba, bo to, co zostało, przypaliło się na amen ;-)). Kiedy ziemniaki wyglądają na upieczone i chrupiące, zdejmujemy je z patelni i posypujemy zieleniną.
A do ziemniaczków koniecznie:

Chłodnik ogórkowo-koperkowo-miętowy

do blendera wrzucamy:
4-5 obranych i umytych ogórków gruntowych
dwa ząbki czosnku
garść koperku
garść świeżej mięty
kilka listków oregano (lebiodki)
i wlewamy dwa kubeczki maślanki lub kefiru
Miksujemy na niskich obrotach, tak, żeby w chłodniku były wyczuwalne kawałeczki ogórków :-)

Smacznego!

Dawaj przepisos na swój chłodnik!

Jutro będzie truskawkowo!
A wkrótce - pierogi party ;-))
AL
pees. a co do równowagi w przyrodzie, myślę, że każda z nas ma swoje szczęścia i nieszczęścia, tak po prostu...

czwartek, 5 maja 2011

kotleciki z soczewicy

Po wielkanocno-majowym wyjeździe i diecie, w której przeważało mięso, miałam ochotę na coś "swojego", zupełnie bezmięsnego, najlepiej w towarzystwie dużej ilości warzyw. W szufladzie z żelaznymi zapasami znalazłam paczkę czerwonej soczewicy, tak więc postanowione: wegetariańskie kotleciki z sosem pieczarkowym + surówki.
Przygotowanie takich kotlecikow jest bardzo proste:
czerwoną soczewicę (z 200 g paczki wyjdzie ponad 20 niewielkich kotlecików) gotujemy w lekko osolonej wodzie lub bulionie - do miękkości, a nawet: rozmiękkości, powiedziałabym ;-) Ja do wody, oprócz soli, dodałam suszonej bio-jarzynki (sporo).
Ugotowaną soczewicę mieszamy z podduszoną na oliwie cebulką i czosnkiem, odstawiamy do wystygnięcia (i przygotowujemy w tym czasie sos lub surówki). 
Następnie wbijamy jajko, dodajemy 2 łyżki mąki kukurydzianej i bułkę tartą (tej staramy się dać jak najmniej, żeby kotleciki nie były za suche, jednak trochę trzeba, żeby się z kolei nie rozpadły). Doprawiamy pieprzem i ulubionymi ziołami. Ja dodałam czubricę, która świetnie komponuje się ze wszelkimi strączkami i ziarenkami. Z masy formujemy niewielkie kotleciki, które obtaczamy w bułce tartej.
Smażymy na oleju.
Sos pieczarkowy każdy pewnie zrobić potrafi ;-), sposobów jest wiele. Ja poszłam w tym temacie na całość i zrobiłam na swój ulubiony i nieco tuczący (oj tam, oj tam) sposób:
młode pieczarki, należy umyć pod bieżącą wodą i pokroić na plasterki. Poddusić, dolać wody/bulionu oraz serek mascarpone. Doprawić solą, pieprzem i czosnkiem. Na koniec wymieszać z dwiema garściami posiekanej natki pietruszki.
Do kotlecików i sosu zrobiłam dwie surówki:

SURÓWKA Z MARCHWI I SELERA
2 marchewki - zetrzeć na średnich oczkach
kawałek selera (korzeń) - jak wyżej, skropić sokiem z cytryny
wymieszać z jogurtem naturalnym, łyżeczką miodu i łyżeczką rodzynek.

SURÓWKA Z SELEREM NACIOWYM
2 gałązki selera naciowego - pokroić na plasterki
1 jabłko - pokroić w kosteczkę, skropić sokiem
orzechy włoskie - posiekać, ilość wg uznania
wymieszać z jogurtem naturalnym
przypraw żadnych nie dodawałam :-)

Ponieważ kotlecików było sporo, dziś nadziałam pozostałe na wykałaczki i zrobię do nich dip czosnkowy.


Smacznego!

pees. czekam na domowy szczypiorek ;-)


AL

piątek, 8 kwietnia 2011

Zielono mi!

Szpinak - niegdyś podawany dzieciom w postaci brejowatej papki bez smaku, ale za to z uzasadnieniem, że ma mnóstwo żelaza i zjeść trzeba, i basta, dziś ceniony jest przede wszystkim za walory smakowe (po odpowiednim przyprawieniu) oraz za mnogość potraw, do których można go zastosować. Makarony, naleśniki, zupy, sosy, sałatki, farsze - mniam! Nie został on też tak całkowicie przez dietetyków pozbawiony walorów odżywczych ;-) Szpinak nadal uznaje się za bogate źródło kwasu foliowego i potasu. Przynajmniej - do następnych badań ;-)
Ja szpinak uwielbiam! Bez względu na to, czy ma te wszystkie witaminy i minerały, czy też nie. O tej porze roku korzystam jeszcze ze szpinaku mrożonego, najlepiej takiego w kawałkach, nie całkiem rozdrobnionego (np. ten firmowany przez sieć Tesco jest całkiem dobry).
Do przyrządzenia pysznego szpinaku, oprócz samego bohatera, potrzebne nam będą:

sól (ja używam morskiej, bo jest zdrowsza, a trochę tej soli do szpinaku musimy sypnąć)
pieprz (sporo)
czosnek (ja daję 3 duże ząbki na opakowanie szpinaku)
gałka muszkatołowa (odrobina)
do wyboru: mleko, śmietanka, mascarpone, gorgonzola, biały ser

Mieszamy wszystko na patelni lub w szerokim rondlu:


i jemy z makaronem albo naleśnikami :-)

Smacznego!
AL

wtorek, 15 marca 2011

małe przyjemności - kokosanki

Aguś,
to sem znowu ja!
Wiem, że teraz nie masz głowy do pisania, więc przynajmniej będziesz miała co czytać i oglądać ;-) A jeszcze lepiej - piec. Bo dziś, z powiewem wiosennego wiaterku, proponuję Ci pyszne i łatwe w wykonaniu kokosanki. Przepis pochodzi ze strony Doroty, internetowej królowej wypieków ;-) A oryginalnie - z książki A taste of America. Robiłam te kokosanki już kilka razy, zawsze się udają.
Potrzebne będą:

1/3 szklanki mąki pszennej
szczypta soli
3 szklanki wiórek kokosowych
3/4 szklanki skondensowanego mleka słodzonego
kilka kropel waniliowego aromatu (pomijam)

Najpierw mieszamy suche składniki, potem dodajemy mleko i wyrabiamy. Powstałą masę formujemy w kulki (umoczywszy wcześniej łapki w wodzie, żeby łatwiej było), układamy na blasze, pieczemy w temp. 180 st C, kilkanaście minut, aż się lekko zrumienią.
Moje uwagi: masa powinna być zwarta, jeśli wyda nam się zbyt luźna - proponuję dosypać wiórek albo mąki, żeby nam się ciacha nie rozlały na blaszce w trakcie wypiekania:-)

Pycha z gorzką, mocną herbatką.


AL

wtorek, 8 lutego 2011

Pankejksy - subiektywnie najlepszy przepis :-)

Halo, halo!
To znowu ja (Leclerc ;-))! Ktoś tu obiecał przepis na sernik - czekam, czekam... i nic!
W takim razie startuję z pankejksami, a co! Pankejksy (czyli po zagramanicznemu pancakes, a w moim domu - PANCAKESY - czytaj, jak pisze;-)) to wyrośnięte placuszki - naleśniczki na bazie maślanki. Testowałam różne przepisy, lepsze i gorsze, aż w końcu trafiłam na ten jeden - najlepszy! Placuszki z tego przepisu są ponoć takie same, jak te sprzedawane w International House of Pancakes w USA, co potwierdziła nasza Wspólna Znajoma, która była, jadła, a potem smażyła w domu, wg tego przepisu właśnie :-) Proszę bardzo, tu jest źródło: klik klik, a tu przepis z moimi uwagami:

AMERYKAŃSKIE PANCAKES

Potrzebujemy:

1 i 1/4 szklanki mąki
1 i 1/4 szklanki maślanki (kefir i zsiadłe mleko sprawdzają się równie dobrze ;-))
1/4 szklanki cukru pudru (dodawałam też zwykłego albo trzcinowego)
1 jajko
czubata łyżeczka proszku do pieczenia (często pomijam, dodając trochę więcej sody)
łyżeczka sody
1/4 szklanki oliwy
szczypta soli

Składniki miksujemy. Na rozgrzanej patelni (kropla oliwy - przecieram ręcznikiem papierowym) kładziemy placuszki. Ja mam niedużą patelnię i smażę pojedynczo - kładąc ciasto na środek. Moja uwaga: smażymy powoli! Na niedużej mocy, dając pankejksom wyrosnąć i upiec się w środku.
Pyszne z syropem klonowym albo konfiturą wiśniową. Dla P. oczywiście z przesmażonymi jabłkami. Same też dobre. W ogóle - mniam.

Zastanawiam się nad przerobieniem tego przepisu na pankejksy montiniakowe, ale chłopakom usmażyłam póki co oryginalne ;-)

 Smacznego!
A.L.
Pees. Dziękuję za sobotnie spotkanie! Musimy to wkrótce powtórzyć :-)))

sobota, 29 stycznia 2011

tym razem imprezowo ;-)

Przepis ten znalazłam kiedyś na stronie Olgi - Smak imprezy. Bardzo lubię wszelkie słone i pikantne wypieki, więc włoskie grissini - paluszki to było TO. Kiedyś piekłam je z białej  mąki, ale teraz myślę, że spokojnie mogłabym ją zastąpić mąką z pełnego przemiału, do tego dip pomidorowo - bakłażanowy i mamy (prawie?) montiniakowe danie.  Dam znać, jak wyszło!

A póki co, oryginalny przepis:

WŁOSKIE PALUSZKI - przepis Olgi Smile
35 dkg mąki
200 ml letniej wody
50 ml oliwy
2 łyżeczki suchych drożdży
łyżeczka cukru
2 łyżeczki soli

Składniki wymieszać, wyrobić gładkie ciasto, przykryć czystą ściereczką i odstawić na jakieś 15-20 minut.
Następnie odrywać nieduże kawałki, formować cienkie wałeczki, układać na blaszce, smarować oliwą. Piec ok. 10 minut (aż się zrumienią) w temperaturze 200 st. C. 
Ja dodatkowo do ciasta dodaję zawsze zioła, czosnek albo suszone pomidory :-)
Wychodzą mi 3 pełne blaszki - na każdej kilkanaście paluszków.



Smacznego!
A.L.

piątek, 10 grudnia 2010

ryż z jabłkami - smaki dzieciństwa

Aguś,
pewnie masz takie smaki, które od razu kojarzą Ci się z dzieciństwem? Do niektórych już się nie wraca (chleb ze śmietaną i cukrem ;-)), inne, od czasu do czasu, pojawiają się w naszej kuchni do teraz. U mnie takim powracającym daniem jest ryż z jabłkami. Zrobiłam wczoraj na obiad, szybkie i proste. Moja mama przekładała gorący ryż zimnymi jabłkami, a ja wszystko zapiekam w piekarniku. Wszystko - czyli ugotowany uprzednio ryż (na mleku, z cukrem i wanilią), starte jabłka - ułożone warstwami, przesypane cynamonem. Koniec skomplikowanego przepisu. Pyszka.
Przy okazji - mój mąż zanabył ostatnio kukułki, draże i galaretki w czekoladzie. Chowają się przy tym wszystkie zagramaniczne czekolady i batoniki, wystawione w supermarketach w najbardziej eksponowanych miejscach. Szukajmy raczków, michałków, maczków, kukułek i krówek ( te ostatnie - tylko Wawel!). One tam są! Tylko trzeba poszukać...
A galaretki w cukrze pamiętasz? Takie kolorowe półplasterki, ułożone w płaskim przezroczystym pudełku :-)
Iiiiiiiiiiiiiiiii długie, cukrowe cukierki na choinkę!
Ha!
Twoja AL

wtorek, 2 listopada 2010

nietoperze w cieście

Strasznie mi się podoba to, co napisałaś o około-pierwszo-listopadowych zwyczajach i muszę Ci powiedzieć, że zdecydowanie wolę w ten szczególny czas naszą polską zadumę,  niż występy spod znaku świecącej dyni. Wyobraź sobie, że w niedzielę przed 1 listopada, chodziły u nas grupki dzieciaków, wołające hamerykańskim zwyczajem „słodycze albo psikus!”, przy czym psikusem było rozsypanie mąki pod drzwiami tego, kto słodyczy odmówił. Ja się do drzwi nawet nie pofatygowałam, więc zostawiono je w spokoju, ale sąsiedzi z naprzeciwka musieli powalczyć wieczorem z miotłą i odkurzaczem. Nie podoba mi się to nic a nic. Z dwojga złego już chyba wolę Walentynki.
Jak tak czytałam o tych chlebkach za modlitwy, przypomniał mi się cygański zwyczaj przynoszenia na groby jedzenia i picia, i wspólnego ucztowania. Szkoda, że nigdy nie udało mi się tego zobaczyć, zawsze tylko coś-gdzieś słyszałam/czytałam. Niesamowite jest to wszystko.
Ale!
O nietoperzach miało być. No.
Nie pytaj mnie, dlaczego mój mąż nazwał odkryty przeze mnie niedawno deser nietoperzami w cieście, ale jak się domyślasz, nazwa ta przylgnęła już na wieki. Tak naprawdę jest to stara, kaszubska potrawa, nazywana przez NORMALNYCH ludzi kuglami i nie jest to nic innego, jak całe jabłko, owinięte w drożdżowe ciasto i zapieczone w piekarniku. Pycha! Przepis pochodzi z programu Atelier smaku i jest zamieszczony TUTAJ.
Esencję różaną darowałam sobie, a jabłka też nie były takie małe – wyszło mi 6.
Polecam bardzo!
Jabłka przed owinięciem w ciasto można wydrążyć nieco i napchać tam żurawiny albo orzechów z miodem. Tzn. nie wiem czy przepis to dopuszcza i czy to nadal będą kugle, ale poeksperymentować zawsze można, nie? Takie nietoperze na bogato, hehe.
pees. Ciasta na pierniki jeszcze nie nastawiłam. Mam jakiś przepis (ratuj się kto może! Nic mi ostatnio z tych przepisów nie wychodzi, o czym w kolejnej notce), wg którego ciasto nastawia się na 5 tyg. przed świętami, ale znając życie i tak zapomnę to zrobić. Obejrzałam sobie za to wczoraj Ominąć święta i jak zwykle spłakałam się ze śmiechu przy tańczącej panience z solarium i kiedy Luther postanowił odmłodzić się botoksem. Nie zapytam, czy już widziałaś ten film w tym roku, tylko – ile razy??? ;-)))
pees 2. Czy Ty masz może jakiś sprawdzony przepis na bulion warzywny? Taki, na którym można ugotować dobrą zupę? Bo rosół u mnie odpada, a kostki rosołkowe to jednak przestępstwo trochę, nie? Chociaż ja, niestety, niestety, używam.
Twoja AL

poniedziałek, 18 października 2010

pieróg, rosół i kuchnia tradycyjna

Aguś,
gratuluję udanego rosołku! Ja, jak wiesz, zupę tę omijam szerokim łukiem, ale jestem pewna, że tym, którzy jadają - na pewno bardzo by smakował :-)
Jeśli o pieroga biłgorajskiego chodzi, to nie wiem, czy Ci się przepis spodoba, bo ma on w swoim składzie kaszę gryczaną, chociaż jej smak nie jest tu bardzo wyraźny, więc jeśli ktoś nie przepada za kaszą, ale też go nie odrzuca - to może mu smakować. Pieróg ten przypomina nieco swoim wyglądem pasztet, zapieczony pomiędzy dwoma płatami ciasta (pewnie stąd ta nazwa, bo pieroga, jakiego sobie człowiek wyobraża słysząc słowo "pieróg" jako żywo to nie przypomina ;-)). Tzn. ja robię tylko skorupkę z ciasta na wierzchu, spodem sobie głowy nie zawracam i Mama P., od której mam przepis, chyba też nie. Na taką sporą blaszkę albo dwie keksówki bierzesz 2 kg ugotowanych ziemniaków i tłuczesz je razem z kostką masła. Do gorącej jeszcze masy ziemniaczanej "wgniatasz" litr kaszy gryczanej (wyszło mi, że to będzie jakieś 800 g). Przykrywasz ściereczką i odstawiasz do wystygnięcia, a następnie dodajesz 2 jajka, kubek śmietany i kostkę białego sera. Wyrabiasz ręką. Przyprawiasz dużą ilością soli i pieprzu. Wykładasz do foremek i przykrywasz ciastem - drożdżowym albo kruchym, ale Mama P. sprzedała mi szybki i prosty patent: wybijasz jajko wprost na wierzch masy pierogowej, dodajesz garść mąki i rozprowadzasz ją w tym jajku ręką albo jakąś łychą - myk myk i gotowe! Całkiem fajnie to wychodzi, zobaczysz na zdjęciu, które wstawię popołudniu. I do pieca, na jakąś godzinę, temp. 180 stopni. Można jeść na ciepło i na zimno, można zamiast pieczywa albo - przysmażony na patelni. Ja uwielbiam!
W ogóle muszę Ci powiedzieć, że ten weekend nam obu upłynął pod znakiem kuchni tradycyjnej. Z tym, że Ty jesteś z tą kuchnią zaprzyjaźniona, a dla mnie to prawdziwa egzotyka ;-)) Wczoraj na ten przykład pierwszy raz w życiu piekłam schab i nawet nie masz pojęcia, jaka byłam podekscytowana. Z wywalonym jęzorem mieszałam składniki marynaty,  a potem doskakiwaliśmy z P. na przemian do piekarnika i podlewaliśmy mięso sosem. Wyszło - super, z czego bardzo się cieszę, bo gdyby było inaczej, to pewnie bym się zniechęciła i nieprędko znowu do tego dania wróciła. 
Przyznam, że u mnie potrawy kuchni polskiej to rzadkość, więc tym większą radochę mi to sprawia. W sumie trochę wstyd, że umiejąc przyrządzić całkiem niezłą lazanię, cannelloni, shoarmę, potrawy kuchni greckiej i tureckiej - mam problem z naszym rodzimym schabowym (nigdy nie robiłam!) czy bigosem (zrobiłam raz, muszę popracować ;-)). Do tej pory, jeśli o kuchnię tradycyjną chodzi, obracałam się co najwyżej w kręgu pierogów, łazanek (o! muszę zrobić!), mielonych oraz zup: ogórkowej, barszczu czerwonego i jarzynowej. Te dania nie zostały nigdy skażone moją - że tak powiem - skłonnością do "poprawiania" (czyt. również: "chrzanienia") przepisów. Jarzynowa jest klasyczna i taką ją kocham! Z kalafiorkiem, marchewką, groszkiem, brukselką - pycha. Barszcz - czasem czysty, czasem z grzybkiem albo czosnkiem, ale zawsze zgodny z regułami ;-) A propos - z czym się u Ciebie jada barszcz? W moim rodzinnym domu na talerz wykłada się tłuczone ziemniaki, polane skwarkami i zalewa je zabielanym barszczem. Kiedyś za tym nie przepadałam, ale teraz bym zjadła. W ogóle mam różne skojarzenia z tym barszczem, bo jak tylko o nim myślę, to zaraz przypomina mi się nasza kuchnia, jeszcze w pierwszym mieszkaniu, w kamienicy, jadłam już samodzielnie, a Mama tłumaczyła mi, że ręka, którą trzymam łyżkę, to ręka PRAWA. Tak sobie to zakodowałam, że do tej pory (!!!), jak muszę podać kierunek prawo - lewo, to przez moją głowę przebiega barszcz, kuchnia na Szerokiej i ręka z łyżką ;-))) Pokręcone. 
I tym sposobem straciłam wątek.
A!
No więc (dlaczego właściwie nie można zaczynać zdania od "więc"? To bardzo przydatne i wiele ułatwia) istnieje kilka potraw, których nie traktuję jak poligonu, tylko wszystko jest tak, jak powinno być. Ale już do takiej kalafiorowej ręka mnie swędzi, żeby dolać mleka kokosowego i wpuścić szczyptę curry. Do pomidorowej - cynamon. Do kotlecików - kumin. I tak dalej. 
Ale, jak widzisz - staram się.
I nawet sprawia mi to wiele radości :-)))
AL

środa, 13 października 2010

jesienne smaki

Jeszcze ze dwa lata temu dynia miała dla mnie walory li i jedynie dekoracyjne. Okrągła, optymistycznie pomarańczowa, przypomina słońce skradzione z letniego, późnopopołudniowego nieba. Można położyć ją na stole i gapić się bez końca, wspominając ciepłe dni, które już w tym roku - niestety, niestety - przeminęły. Żal mi zawsze było to słońce rozkrawać, aż pewnego razu na straganie została już tylko dyniowa połówka, która, jako że do przechowywania się nie nadaje, posłużyła mi w końcu do kulinarnych eksperymentów. I tak w moim jesiennym menu na stałe zagościły muffinki dyniowe z korzennymi przyprawami, dyniowa zupa imbirem, placki dyniowo-ziemniaczane, a także placuszki na słodko - jedno z ulubionych dań Mikołajka.
A Ty, Aguś? Lubisz dynię?


AL

wtorek, 12 października 2010

tak, tak

wszystko jest prawie nietuczące, pod warunkiem, że konsument jest w stanie na jednym kawałku poprzestać ;-) Ale ten konkretny konsument, czyli mła, nie jest w stanie. Więc lepiej, żeby nic do gęby nie brał ;-) Na szczęście mesje Montniak zadbał o to, żeby na diecie głodnym nie chodzić i tak proszę bardzo, wczoraj miałam na obiad:

MAKARON RAZOWY Z CUKINIĄ I POMIDORAMI
od tego NAPRAWDĘ się nie tyje, a wręcz chudnie, co sprawdziłam na własnej... ekhem...skórze ;-)
cukinkę (polecam zakup w Lidlu) należy umyć, pokroić na półplasterki i podusić na oliwie z oliwek
następnie dodajesz pokrojone pomidorki, dużo czosnku i ulubione przyprawy
to wszystko jeszcze chwilę dusisz w rondelku/na patelni
i wykładasz na wcześniej ugotowany makaron.
Jesz, ile chcesz
Pyszka!

Gratuluję zakupu muffinkowych foremek, hihi!
To baaardzo przydatna rzecz również dla dietujących, bo można sobie coś tam ukręcić z mąki pp albo zrobić babeczki jajeczno-szpinakowe. Dla nie-dietujących przydatne są one tym bardziej, albowiem łatwo, szybko i przyjemnie można zrobić dowolne ciastka z dowolnymi dodatkami. Zasada jest tylko jedna: osobno trzeba wymiąchać sypkie składniki, osobno - płynne i potem połączyć je BYLE JAK. Bylejakość jest tu bardzo ważna - muffinkowej masy nie wolno miksować ani ucierać. Bo to już nie będzie TO. Moje ukochane muffiny to czekoladowe wg Nigelli Lawson i z batonikami kinder bueno. Bardzo polecam te przepisy do wypróbowania. Największą jednak furorę zrobiły nie muffiiny, a mini serniczki, pieczone w muffinkowych foremkach. i wcale się nie dziwię - są pyszne i oryginalne. 

No ale - dla mnie dziś brokuły z serkiem, szynką, słonecznikiem i sosem jogurtowo - czosnkowym.
Bu.
Pees: co do gołąbków, to ja akurat nie przepadam, wolę kotleciki mięsno-ryżowo-kapuściane. No i zawijać by mi się tego nie chciało za nic!

niedziela, 10 października 2010

Czy Twój Dom ma swój jesienny zapach?

Bo mój ma. Co roku, każdej jesieni pachnie u mnie tak samo. Zawsze ciepło, słodko, cynamonowo. Na stole pysznią się jabłka i śliwki, mąż łupie sobie orzechy, a Kot wyleguje się na nagrzanym ostatnimi promieniami słońca parapecie. To są niedziele, jakie najbardziej lubię. Dzisiejsza właśnie taka była, zaczęła się poranną sesja w parku ( wymarzłam okrutnie, wiesz, że temperatury mamy już nawet poniżej zera? dziwnie chłodne babie lato w tym roku przyszło), a po powrocie gorąca kawa z ciepłą szarlotką. Muszę powiedzieć, że szarlotka tym razem, wyszła mi wyjątkowo smaczna. Dość powiedzieć, ze wczoraj późnym wieczorem ją upiekłam, a teraz nie ma już ani kawałka :)
Podam Ci przepis, bo wiem, że tez lubisz :) I może Mikusiowi  posmakuje :)

Do tej szarlotki potrzebne są:
- 2 szklanki mąki ( najlepiej krupczatki )
- 2 jajka całe
- 2 żółtka
- 1 szklanka cukru pudru
- kostka masła
- 4 duże jabłka ( najlepiej antonówki, lub szare renety )
- cynamon, imbir, mielone goździki
- 2 łyżki proszku do pieczenia
- łyżka kwaśnej śmietany
- duża łyżka miodu
- trochę cukru do posypania wierzchu ciasta
Na stolnice wysypujesz wymieszaną z proszkiem do pieczenia mąkę, do tego dosypujesz cukier puder, dodajesz jajka i żółtka i posiekane masło. Wyrabiasz ciasto, aż będzie gładkie, zawijasz je w folię i na  godzinę wstawiasz do lodówki.
W tym czasie obierasz jabłka, kroisz w kawałki, zasypujesz cukrem, dodajesz cynamon, imbir i goździki i smażyć tak jak konfiturę na małym ogniu, pilnując by nie wszystkie jabłka się rozpadły.
Okrągłą tortownice smarujesz tłuszczem i podsypujesz bułką tartą. Schłodzone ciasto wyjmujesz z piekarnika, wałkujesz, wykładasz kawałek na dno i boki tortownicy. Teraz nakłuwasz spód widelcem i wstawiasz do piekarnika nagrzanego do 180 st na ok 10 minut.
Po podpieczeniu spodu, wyjmujesz tortownicę z piekarnika, wykładasz do środka usmażone jabłka i przykrywasz resztą ciasta. Pieczesz w piekarniku kolejne 30 minut.
Po upieczeniu podsypujesz cukrem pudrem i już :)
Najsmaczniejsza jest kiedy jest jeszcze ciepła :)

Smacznego :)

A.A.

wtorek, 5 października 2010

2xG - gryczana i grzybowy :-)

W temacie gulaszu mogę powiedzieć jedynie tyle, że widzieliśmy się kiedyś ;-) Moja mama czasami gotuje tę potrawę  i wtedy P. zaspokaja swoje ewentualne gulaszowe zachcianki, a ja trzymam się z daleka. To jeszcze nie ta faza przyrządzania mięs, wszak dopiero co odważyłam się dotknąć mielonego bez rękawiczek, natomiast piersi z kurczaka nadal kroi i okrawa ze wszystkiego, co nie jest czystym mięsem - P. 
Ekhem.
Dziś szef kuchni czyli mła zaserwował(a) wspomnianą wcześniej gryczaną z sosem grzybowym. Mniam mniam. Zapomniałam już, jak smakuje sos ze świeżych grzybków (a w tym wypadku pod-grzybków, hi hi).
Na masełku zeszkliłam Ci ja 3 drobno posiekane cebulki i dodałam pokrojone w paseczki podgrzybki (nie muszę pisać, że umyte wcześniej i tak dalej, prawda? ;-)) - pół kilograma. Poddusiłam, podlałam nieco wodą, dodałam 3 małe ząbki czosnku, sól i duuuuużo świeżo zmielonego pieprzu. Na koniec - łyżka śmietany. Mąki nie dodawałam, bo nie było takiej potrzeby. Całość hojnie posypałam  posiekaną natką pietruszki.
Jak sos grzybowy wygląda, wszyscy wiedzą, fotogeniczny to on nie jest i może się kojarzyć, więc darowałam sobie foto. Ale główne składniki, proszę bardzo:
Do tego obowiązkowo ogórasy kiszone.
Smacznego :-)
AL
pees. naprawdę jeszcze trzymasz tego skrzydlatego pokurcza? :-)))))))



o kaszy gryczanej :-)

Aguś,
wiesz po czym poznać, że mój Tato jadł zupę jarzynową? Na brzegu pozostawionego talerza leżą wszystkie skrupulatnie wyłowione jarzynki :-)) Ja z kolei taką zupkę uwielbiam i chyba zrobię na jutro, bo dziś mam już zamówienie P. - kasza gryczana z sosem grzybowym + ogórki kiszone. Pycha. Nawiasem mówiąc, czy kiedykolwiek udało Ci się ugotować dobrą kaszę gryczaną wg proporcji "miarka kaszy - 2 miarki wody", którą podają wszystkie książki kucharskie? Bo mi nigdy. Ja sobie wsypuję taką kaszę do rondelka, dodaję pół szklanki wody, trochę tłuszczu i odrobinę soli, przykrywam i czekam, aż się ta woda wchłonie. Następnie dolewam wody po trochu, na oko (ale na pewno nie jest to ww. proporcja) i trzymam na małym ogniu, aż się zrobi zjadliwa. Taka kasza jest sypka i nie rozciapciana. I naprawdę dobra. No, chyba, że jest to kasza "łamana", nie palona, miałam kiedyś przyjemność ugotować taką - masz ciapkę, zanim woda zawrze. Ale do takiego pieroga biłgorajskiego - idealna!
Miki też dzisiaj dostanie kaszę, tylko jeszcze nie wiem z czym, no bo przecież nie z grzybami.
pees. aniołek wisi na piekarniku w intencji tego, żeby nikt się nie zatruł moim obiadem.
AL

poniedziałek, 4 października 2010

Zuzanna na pewno lubi je nie tylko jesienią ;-)

Aguś,
czy Ty też tak masz, że jak tylko temperatura za oknem spada poniżej 15 stopni, na-ten-tych-miast musisz usmażyć placki ziemniaczane? Bo inaczej łażą za Tobą całymi dniami, jeżdżą z Tobą tramwajem i śnią Ci się każdej nocy?
Kocham placki! Ale o tym już wiesz, wszak kiedyś obżarłam Cię z nich wprost nieprzyzwoicie.
Najlepiej, żeby były z twarożkiem czosnkowym albo powidłami. Placki z powidłami nauczyła mnie jeść moja Babcia. Dziwne zestawianie, wiem, ale nadspodziewanie pyszne. Jadłaś tak kiedyś? Powidła, oczywiście, produkcji własnej, z węgierek: Babcia otwierała szeroko kuchenne okno, wpuszczając przy okazji babie lato i stada os,  zapalała pod rondlem maleńki płomieniek gazu i rozpoczynała długotrwały proces smażenia, mieszania i próbowania. Osy przysiadały na brzeżkach rondla i częstowały się bez ograniczeń, bo Babcia nigdy ich nie wyganiała. Po kilku dniach, kiedy masa śliwkowa osiągnęła zadowalającą konsystencję, wędrowała do wyparzonych słoiczków, a te do maleńkiej przykuchennej spiżarki (dlaczego w nowych blokach nie ma spiżarek?!).
Ale o czym ja to właściwie…? A, placki. Gdyby ktoś tarł mi ziemniaki, robiłabym je znacznie częściej. Do tego sama jestem w domu do tych placków, bo P. nie lubi (wada ukryta ;-)), a Miki jeszcze za mały. Kotu nie próbowałam dawać. A jak Twoi panowie? Lubią?
Przepisu na placki podawać nie będę, bo każdy ma swój, wypróbowany, najlepszy i zawsze na oko. W moich jest dużo pieprzu i cebuli. Czasami wcieram do nich cukinię albo dynię. Najlepsze są nieduże,  z przypieczonymi obwódkami.
Rany, nie powinnam o tym wszystkim pisać, będąc w oddali od domu, ziemniaków i patelni.
Cierpię.
Twoja A.L.
Chciałam pokazać na dobicie zdjęcie placków z dynią, ale okazuje się, że nie mam. Może to i lepiej. Dziś na obiad mam faszerowane papryczki, to będzie zdjęcie papryczek. Wieczorem.